sobota, 12 marca 2016

Podróż na południe 2016

15.02.2016
My current mission: dostarczyć roślinki Celinki do miejsca przeznaczenia.
Jest miło, ale wieje okrutnie. Telepie samochodem na wszystkie strony.
Mistral?
Wystartowałem z Orange w poniedziałek 15 lutego 2016 o świcie. James, u którego nocowałem, z dzieciakami i kumplami wybierał się w góry.
W niedzielne słoneczne popołudnie znajomy Jamesa, Arab, tak po prostu na ulicy przed domem naprawia mojego Pontiaca, wymienia linki zmiany biegów. Rozmawiam z nim na migi, trochę pomagam. 
Słońce praży niemiłosiernie.
Jak ma na imię? - zapytałem Jamesa, gdy Arab naprawił i odjechał.
- A wiesz, nawet nie wiem…
Wysłałem sms-a do Thomasa, że jest późno i dotrę do niego jutro.
Thomas to jest gość z couchsurfingu u którego mam nocować, artysta po pięćdziesiątce. Francuz.
Zabrakło benzyny i przemierzyłem około 20 mil w poszukiwaniu stacji. Wiatr zimny i bardzo silny. Sto na godzinę? Normalnie przewracał mnie na ziemię!
Zapadał zmrok.
W drodze powrotnej, gdy już w końcu znalazłem stację benzynową, litościwa kobieta podwiozła mnie kawałek.
Pierwsza noc w samochodzie...
Do tej pory udawało się przenocować w całkiem fajnych miejscach,  w Tavagnaco (CS), w Graz w ośrodku Shiatsu u Toma Pretta, w Orange u przyjaciół z Legii Cudzoziemskiej. Było super i bynajmniej nie nudno.
Podniosłem kierownicę do góry, przesunąłem siedzenie do tyłu i wsunąłem się do śpiwora. Miejsce było niesamowite, ale tak wiało, że nie dało się wyjść z pojazdu.
Jezu, widoki tutaj są takie piękne i wzruszające.
Zatrzymuję się i robię zdjęcia.
Morze.
Piękny dzionek, słoneczny ale wietrzny jak zwykle.
Tak to tutaj w Cerbere żołnierze z Guardia Civil wypatrzyli mnie przez lornetkę w 1973 roku.
Przekraczałem granicę górami w słoneczny chłodny dzień górami, a w dole piękne lazurowe morze.
Byłem już po stronie hiszpańskiej. Pamiętam, jeden z żołnierzy był w okularach. Było ich dwóch, w takich charakterystycznych pirogach na głowach. Mierzyli do mnie z karabinów! I aresztowali. Znalazłem się w bardzo ciekawym miejscu, coś jak wieża Babel, Cyganie, Indianie, Duńczycy, Francuzi.  Dom zatrzymań.
 Łóżka trzypiętrowe. Zaprzyjaźniłem się z Indianinem z Peru, który spał nade mną i dwoma Hiszpanami, obydwaj komuniści, jeden z nich był wegetarianinem. Bardzo chcieli się dowiedzieć jak rozwija się system komunistyczny w mojej ojczyźnie.
Często graliśmy w szachy. W więzieniu to jedyne sensowne zajęcie, chyba że masz kredki, kartki i możesz rysować.
Codziennie około godziny szesnastej podczas spaceru na patio ustawiała się kolejka do okienka, gdzie każdy więzień dostawał szklaneczkę czerwonego wina.
Tak to jest w Hiszpanii.
Na dużej sali pod sufitem był telewizor i tam po raz pierwszy w życiu zobaczyłem zespół Moody Blues wykonujący moją ulubioną pieśń p.t. "Nights In White Satin"…






Route barree.
Droga zamknięta z powodu silnego wiatru. Ani stać, ani iść.
Przewiało mnie na wskroś!
W dole przepaść, naprawdę trzeba uważać żeby nie polecieć prosto do morza.









27-28.02.2016

Chyba mam dość spania w samochodzie i szukania wi-fi w Carrefourach.
Noce są chłodne, raz albo dwa otworzyłem okno, ponieważ było za gorąco, nawet pojawiły się komary.
Najdalej dotarłem do Almunecar na południu Hiszpanii, potem skierowałem się do Granady, czyli na północ.
Znaki prowadzą do Alhambry. Przejechałem powoli obok legendarnego pałacu o zmroku.
Tłok, mimo zimowej pory, płatne parkingi, kolejka wolno snujących się samochodów wąskimi, krętymi uliczkami w dól i w górę.
Powoli zjeżdżam do centrum Granady.
Zatrzymuję się w Carrefourze.
Na parkingu zaczepiła mnie zniszczona narkotykami dziewczyna. Czarna. Mówi po hiszpańsku. Powiedziałem, że nie znam i przeszliśmy na angielski. Prosi o 1 euro...
Ruch, hałas. Nie czuję się dobrze w dużych miastach.
Z Granady udaję się w kierunku Jaen z zamiarem przenocowania na parkingu stacji benzynowej. Zrobiło się chłodno i zaczął padać deszcz, więc następnego dnia krętymi serpentynami przez góry i pustkowia wspinaczka samochodem w kierunku morza, na wschód.
Tam cieplej...
Zatrzymałem się w miejscowości o nazwie Lorca, jednak żadnych śladów mojego ulubionego w czasach młodości poety Federico Garcii Lorci nie znalazłem…
















Piękny poranek nad Santa Pole Del Esbe…
Chmury powoli przemieszczają się na południe, słońce przebija się nad górami i Alicante błyszczy w jego blasku.
Obliczyłem z grubsza, że wydałem około 600 euro jadąc z Krakowa tutaj. Z tego wynika, że na powrót potrzebuję mniej lub więcej tyle samo. A jestem, jak to mówią bez grosza...
Tajemnicze światełka w nocy na plaży to chyba wędkarze.
Siedzą w samochodzie tak jak ja, bo chłodno.
Co dalej?
Piję kawę poranną z ekspresu który dostałem od Marzenki i słucham Radia Tres.




Słońce zaczyna przygrzewać. Wędkarze się zwinęli.
Claro…

Wczoraj odwiedziłem kolejnego Carrefoura w Alicante na wi-fi sprawdzić pocztę i trafiłem na mecz Real Madrid - Atletico, w telewizorze.
Ależ oni grają! Szybsi od światła.
Ronaldowi nie udało się strzelić gola i to dwa razy, raz z główki. Atletico strzelił jednego w pięknym stylu. Jaki był wynik - nie wiem, bo miałem już dość huku maszyn grających i ogólnego zgiełku.
Przede mną przy pustym stoliku siedziała para: starszy pan z uwagą obserwujący mecz i starsza pani zupełnie niezainteresowana akcją w telewizorze. Znudzona, ale cierpliwie oczekująca.
Od czasu do czasu spoglądała na palce swoich rąk błyszczących złotem.

Po południu wspinam się po skałach, tam wiatru nie ma i słońce przygrzewa.

Brakuje mojej towarzyszki podróży, fotografki (tak a może nie) tyle ciekawych roślinek, nawet pistacje i wild palmetto…






A hoy domingo….
Radio Tres całkiem nieźle daje. Podobne do naszej Trójki, a nawet lepsze, bo bez reklam.
Nie zapraszają :), że tak powiem. Puk puk puk.
Posilam się po wycieczce bułeczką z allioli (sos czosnkowy) i papryką.
Przechodzi para młodych ludzi, trzymają się za ręce. Po chwili pojawia się para trochę starszych.
Też trzymają się za ręce.
I wracają brzegiem morza radośni, uśmiechnięci… Tak tu jest.
Alicante błyszczy w słońcu, a w Radiu Tres grają flamenco.
Ajajajajajiiiii… muy bueno!
Musica y cultura.
Może jutro nie będzie wiatru, to pogram na misie z morzem w tle.
Może się uda.








Ostatni dzień lutego. Jeszcze około dwudziestu dni zostało..
A gdzie twoja druga połówka? Zapytał James, gdy przeprowadzałem się do niego, czekając na przesyłkę z Polski.
Została w popielniczce…
Wiem, to kiepski żart.
 Przepraszam.

Jadę sobie powolutku w słoneczny, gorący dzień brzegiem morza, popijam sangrię i myślę o kamperku, który przed chwilą widziałem, nawet zrobiłem fotkę. Na bazie Fiata, Adriatyk czy coś takiego.
Taki mi pasuje.











Zostawiłem plażę Santa Pola za sobą, minąłem aeroport, zbliżam się do przedmieść Alicante, Urbanova.
Bloki, plaże i morze.
Szukam wi-fi.





1-3.03.2016
Na plaży Paradiso za Alicante, kierunekValencja.
W kranach nie ma wody, widocznie na zimę zamykają, ale co to za zima, 20 stopni w plusie?
Ludzie chodzą w T-shirtach.

Jedziemy dalej.

Benidorm jest uzdrowiskiem emerytów.
Opalają się, spacerują i gimnastykują.
Wieżowce, osiedla, hotele, sklepy i bazary.











                                       






















       






El Saler, 12 km od Valencji.

Miejsce pod wieloma względami idealne: dużo miejsca, pagórki, krzaki, woda w kranach na plaży. Spokojnie, nie ma tłoku.
Po lewej lotnisko.
Dzwonił Paliniak, wyślę mu zdjęcia...












Przybliżyłem się już około 100 km do granic Polski. Zostało jeszcze 2700 albo 2900 (jeżeli będę wracał przez Paryż)

Godzina 14.30
Gorąco! Uciekam przed słońcem. Kto by się spodziewał.
Ale wiaterek jest.
Dowiedziałem się więcej o Platja El Saler.
 Teren ma około 2 km, czas przejścia 45 minut.
 Ścieżki rowerowe, piesze trotuary, stoliki, ławeczki, drewniane podesty do opalania.
Wszystko to powstało w XIX w. Eco system, Parc Naturel itd.
Nawet toaleta jest, co prawda w odległości około 1000 metrów, ale jest.
Znowu wzięło mnie na zbieranie kamieni i muszelek.
Każdy kamyk jest inny i muszelki też nie jednakowe.
Interesujące jest obserwowanie jak zmienia się flora, fauna i plaża od północy w dól wybrzeża Morza Śródziemnego, czyli na południe: za Alicante nie ma już kamyków, piasek staje się popielaty i pojawiają się w dużych ilościach różnych rozmiarów kule z włosów kokosowych, o górach i skałach nie wspominając.









Posiedziałbym tu parę dni, ale trzeba znaleźć wi-fi i dowiedzieć się czy couchsurferzy z okolic Valencji odpowiedzieli na mój request… Pogadałbym z kimś po hiszpańsku, to piękny język.
Wystarczy samotności.


Zbieram kamyki jak szalony. I muszelki. Nie mogę się powstrzymać,  a samochód już prawie pełen :)
Zmierzam powoli w kierunku północnym. Jarek pisze, że w Krakowie plucha, brzydko i zimno.
Dzwonił A. ze Szkocji i zwierzyłem mu się ze swoich kłopotów finansowych.
Środa jest chyba dniem wycieczek szkolnych w Hiszpanii: pojawiły się grupy roześmianej młodzieży, chłopcy w (pomarańczowych koszulkach) i dziewczyny (na czarno).
Osobno!
Katolicka Hiszpania.





Pomarańcze 0,70 (w Valencji), papryki duże i smaczne 1,70.
Podlałem roślinki w samochodzie, Marzenka przypomniała.
Polubiłem ich obecność, w sumie to fajny pomysł podróżowania z roślinami. Lepiej się śpi. Liście laurowe mają ponoć działanie prozdrowotne.




Co pan tu robi, panie Andrzeju?
Rozglądam się.



4.03.2016
Za dużo czasu spędzam w samochodzie! Plastik, od spodu metal. Dwie karimaty, tekstura, wełniany kilimek i kołdra.
Szukam plaży. Nie jest dzika i opuszczona, ale dużo przestrzeni, spokój i tyle kamyków, że głowa boli.
Zapada zmrok.
Z lewej strony lotnisko, co chwilę startują i lądują samoloty, może z Oslo też? I stanie się cud…
Zrobię kawę najsmaczniejszą na świecie.
Z prawej strony latarnia morska. Snop światła omiata i zamiata.
Po plaży chodzi ktoś z latarką, coś szuka, a może łowi ryby po kryjomu, bo w dzień nie wolno…

Miłego lotu.





Zdjęcia powyżej były zrobione w Cadaques, gdzie żył Salvador Dali.
Trochę zrobił się bałagan w tych zdjęciach i zapiskach, próbuję uporządkować…

Antovia del Mediterraneo.
Zblżam się do Barcelony. Wcześniej będzie Tarragona, gdzie umawiałem się z couchsurferem o imieniu Mieszko (nie mówi po polsku).


Kartagina:








5.03.2016

Omijam Barcelonę.
Potencjalni hości z Mataro i Palamos nie odpowiadają.
Pożegnanie z morzem.





 


Słońce grzeje, ale jest zdecydowanie chłodniej w porównaniu z Kartaginą czy Walencją.
Jadę w kierunku Girony.







Nad Francją czarne chmury. Żegnaj morze, żegnajcie muszelki… Hiszpania żegna mnie ulewnym deszczem i piękną tęczą.  W Perthus jedziemy wolno, policja przygląda się uważnie każdemu. 
W  małym miasteczku tłok, klimaty zakupowe.









6-8.03.2016

Francja.
Budzę się na stacji benzynowej.  Zimno!
Patrzę na wskaźnik paliwa.
Benzyny nie ubywa, czyżby cud?
Przestawiłem nawigację.
Do Polski jeszcze 1764 km.
Przede mną jedzie zabytkowy kamper, na plecach trochę zamazany obrazek z orłem:
"Frei wie ein Vogel"…
Wolny jak ptak.

Dwa dni zaledwie minęło, a ja już tęsknię za Hiszpanią.
Nie zapomnę tej pary na plaży w Tarragonie…
Oboje w pięknych, ciemnych i powłóczystych szatach powoli przechadzają się brzegiem morza, on mówi, ona słucha…Islam. 
Niesamowita energia i spokój od nich promieniuje, nie zwracają na nikogo i na nic uwagi, całkowicie pochłonięci sobą.
O czym rozmawiają?








Powrót do rzeczywistości: skrobanie szyby czyli przymrozek.
Zjechałem już z szalonych rozjazdów wokół Lyonu.
Rozglądam się, po prawej widzę obszerne opustoszałe parkingi i znany mi skądinąd park umiejscowiony wokół jeziora.
Po parkingu przechadza się bocian, aha, to znaczy że nie odleciał, a może już przyleciał?
Czekają mnie jeszcze co najmniej dwie noce w zimnym samochodzie, chyba że Wiesiek z Kempten mnie przyjmie, albo Ketty z Sion.
Telefon Jonasza w Paryżu nie odpowiada.
Na couchsurferów już nie liczę.
Chociaż z tą panią z Miluzy co napisała w profilu, że życie jest za krótkie, żeby je marnować porozmawiałbym...
Pora rozejrzeć się za stacją benzynową. Cudu jednak nie było, tylko wskaźnik jest taki niewyraźny.
W Niemczech zima atakuje: śnieg, ciemno i ślisko.
Brrr.
Nie ma wi-fi, wszędzie kłódki :(
Ustawiam nawigację na Zgorzelec.


9-10.03.2016

Republik Polen! Udało się.
Kasy starczyło prawie na styk. Dzięki Jackowi, który przesłał parę groszy na moje konto.
Wróciłem - goły i wesoły :) ale napakowany energią południa.
Morze to nasi prarodzice.

W mieszkaniu Leszka w Krakowie biorę  prysznic.
Ostatni raz zażylem tej przyjemności u Thomasa w Port Vendres czyli bardzo dawno :)
Ten u Thomasa to nie był zwykły prysznic.
Nie wiem czy wiecie,  że niezbyt zamożni Francuzi oszczędzają na wodzie,  zwłaszcza ciepłej.
Mój host z CS, artysta 50+ mieszka w mieszkaniu komunalnym i utrzymuje się z zasiłku. Skonstruował urządzenie prysznicowe, do plastikowego worka z kranikiem zawieszonego w kabinie pod sufitem wlewa gorącą wodę zagrzaną w czajniku na kuchence gazowej. Tak jest po prostu taniej.
Używanie ciepłej wody z kranu w łazience też jest niewskazane, bo kosztuje.













Brak komentarzy:

Prześlij komentarz